Hospicjum to też Życie :: Gry terapeutów  
mapa
Fundacja Hospicyjna
Lubię Pomagać
Poznaj Partnerów Projekt Więźniowie Forum wolontariatu pomóż nam pomagać forum napisz pożegnanie
1 procent
Umierać po ludzku
Psychologia dla zespołu hospicjum
Gry terapeutów

Tekst opracowano na podstawie książki OPÓR W PSYCHOTERAPII - Kottler Jeffrey A., Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne

To, w jakim stopniu klient jest trudny, nie zależy wyłącznie od jego charakteru i zachowania. Często jest to pochodna cech osobowości terapeuty, jego problemów, a także tego, co wyzwala się w relacji między uczestnikami. Klient przyjmuje określoną postawę, którą terapeuta interpretuje na wiele sposobów „przestraszony”, „defensywny”, a może „władczy” lub „trudny”. Reakcje terapeuty na swój sposób opierają się na znaczeniu przypisywanym przez niego zachowaniom klienta. Klient natomiast w odpowiedzi wyczuwa lub obserwuje uczucia, jakie żywi w stosunku do niego terapeuta. Te obserwacje dyktują klientowi jego następny ruch w tej zawiłej relacji. I tak to się toczy. Terapeuta utwierdza się w przekonaniu, że klient jest „trudny”, jednak czasem to zachowanie niezaprzeczalnie jest odpowiedzią na nierozwiązane problemy terapeuty, tak jak to się dzieje w przedstawionym niżej przypadku.
Marilyn i Nathan przeżywali kryzys, rosło niebezpieczeństwo rozwodu. Nathan, skruszony i przepraszający, deklarował, że jest gotów zrobić wszystko, by uratować małżeństwo. Marilyn zaś była nastawiona wojowniczo wobec mężczyzny, który przez dwadzieścia lat wymagał od niej, żeby siedziała w domu i zrezygnowała z kariery zawodowej. Dla niej znaczącym krokiem do przodu było uświadomienie sobie, ile się w niej przez te wszystkie lata nazbierało urazy.
W trakcie trzeciej wspólnej sesji Marilyn wreszcie poczuła się gotowa powiedzieć mężowi o swoich uczuciach. Co ciekawe, z im większą pasją wyrzucała z siebie swoją złość, tym bardziej Nathan stawał się obiektywny, zdystansowany i nieubłaganie logiczny. Na wszystkie jej wybuchy reagował wzruszeniem ramion i odpowiadał łagodnie: „Nie możemy cofnąć czasu, kochanie. Czemu, zamiast komplikować jeszcze bardziej sytuację, nie porozmawiamy o tym, co możemy zrobić teraz?”. Jego postawa budziła w Marilyn coraz większą złość. To oczywiste, że była trudnym klientem. A przynajmniej tako niej wówczas myślałem.

Zająłem następujące stanowisko: nie rozwiążemy ich problemu dopóty, dopóki oboje nie uspokoją się na tyle, żeby móc rozmawiać ze sobą jak dwoje dorosłych ludzi. (Stanął mi przed oczami obraz moich rodziców podczas kłótni oraz poczucie bezsilności, które mnie wtedy ogarniało).
Za każdym razem, kiedy wściekłość Marilyn zbliżała się do punktu krytycznego, starałem się skierować jej uwagę na inne tory; by w ten sposób ją uspokoić. (Mam poważny problem, jeśli chodzi o złość. Bardzo rzadko poddaję się temu uczuciu, a kiedy ktoś złości się na mnie, zamykam się i dąsam).
Marilyn wyczuła, że jej nie lubię. Powiedziała, że nie czuje się bezpiecznie oraz, że ja i jej mąż sprzymierzyliśmy się przeciwko niej, traktując ją jak dziecko. (Poczułem się zaatakowany, jak gdyby ona podważała moje kompetencje. W tym momencie byłem święcie przekonany, że to klientka najtrudniejsza ze wszystkich).
Usiłowałem przekonać ją, że ją lubię i że nie stoję po stronie jej męża. (Kłamałem. Bardzo silnie się wówczas identyfikowałem z jej mężem. Współczułem mu. Mimo moich najszczerszych chęci zachowania bezstronności, kierowało mną bardzo silne przekonanie, kto tutaj jest przyczyną problemów).
Po tej przełomowej sesji byłem w stanie spojrzeć na wszystko z oddalenia i zastanowić się, co takiego jest we mnie, co podsyca taką antypatię do tej kobiety. Tak, była silna. Robiła wiele hałasu. Jej sposób wyrażania emocji tak bardzo się różnił od mojego. Jednak była to osoba, która robiła wszystko, co było w jej mocy, żeby zmienić coś w swoim uwikłanym w zależności związku. Tymczasem ja skwitowałem ją jednym, krótkim słowem „trudna”.
Co za bzdura! To ja byłem trudny, bo nie potrafiłem i nie chciałem zaakceptować jej potrzeby ekspresji. Musiałem się zmierzyć z moim odwiecznym problemem, jakim było negowanie mojej własnej złości. To z pewnością z powodu zbyt silnej identyfikacji z problemem klienta terapeutyczne sesje są bardziej męczące niż to konieczne. Kontakty zaś z rodzinami znajdującymi się na skraju rozpadu, tak jak w wypadku Nathana i Marilyn, należą do najbardziej uciążliwych.

Ulubione gry

Nazbyt często terapeuci rozgrywają gry z samymi sobą i z innymi. Kilka rodzajów takich gier zaobserwowałem w moim własnym zachowaniu i u moich kolegów, kiedy przeprowadzałem z nimi wywiady, pełniłem funkcję superwizora lub obserwatora. Opisuję je poniżej.

1. Ciężko pracowałem, żeby zajść tu, gdzie jestem, powinieneś więc okazać mi podziw i szacunek za to, co wiem i kim jestem. Przekonanie o tym, jak ważną pełnimy rolę, wcale nie musi być oznaką naszej arogancji czy narcyzmu. To społeczeństwo składa hołd przedstawicielom naszej profesji. Sankcjonuje naszą pozycję uzdrowicieli i guru, upoważniając nas w majestacie prawa do stworzenia sanktuarium dla zranionych i skrzywdzonych. Ciężko pracowaliśmy na swoją pozycję. Płacimy za to na różne sposoby osobistymi wyrzeczeniami, poddając się rygorystycznemu treningowi i poświęcając nasze życie na zdobywanie wiedzy. Nie jest nam trudno nabrać przekonania, że jesteśmy naprawdę wyjątkowi.
Czy zauważyliście kiedykolwiek, w jaki sposób niektórzy terapeuci, znajdując się w większym zbiorowisku, wchodzą w rolę sędziego, szafują pytaniami, dają ostateczne odpowiedzi na najbardziej zawiłe życiowe problemy, przybierając pozę niepodważalnego autorytetu? Kiedy terapeuta mówi, ludzie słuchają Zakładają, że mamy tajemny klucz do prawdy.
Nietrudno prześledzić, w jaki sposób rodzi się w nas oczekiwanie, a nawet żądanie, że klienci będą składali nam hołd. Możemy się zachowywać jak kumple, możemy być przyjacielscy i otwarci, ale niech tylko ktoś przekroczy granicę należnego nam szacunku, a ujrzy, jak ogarnia nas płomień świętego oburzenia. Można się do nas zwracać z pominięciem oficjalnych tytułów, ale tylko po uzyskaniu naszej zgody.
Przerwijcie nam w połowie zdania, a łatwo na to przystaniemy. To, co masz do powiedzenia, drogi kliencie, jest z pewnością ważne i musi być wysłuchane. Jesteśmy nawet w stanie przyznać to na głos. Jednak w głębi ducha czujemy się poirytowani tym, że nie dano nam dokończyć. Następnym razem możemy tak łatwo nie oddać pola.
Zażartujcie sobie z tego, co robimy, dowcipkujcie, a zaśmiejemy się rozbawieni absurdalnością naszego zajęcia. Jednak w środku poczujemy się urażeni i zaatakowani.
Ta pierwsza gra, uprawiana przez wielu terapeutów (przez tych, którzy tak jak ja czują się niedocenieni), ustanawia pole walki, na którym klientom, już i tak podejrzliwym wobec autorytetów, zezwala się na wyrażanie siebie, choć jeśli przekroczą wyimaginowaną granicę, bywają karani wycofaniem się terapeuty.

2. Jestem wszechmocny i wszechwiedzący. Mam magiczną moc, która pozwala mi czytać w twoich myślach I przewidywać przyszłość.
Nasza siła oddziaływania wywodzi się, przynajmniej częściowo, z pozycji, która pozwala nam odgrywać przed klientem postać atrakcyjną, tajemniczą i godną zaufania. Aby wpoić takie przeświadczenie, wykorzystujemy różnorodne mechanizmy. Wywołujemy wrażenie, że widzimy rzeczy niewidzialne dla zwykłych śmiertelników. Docieramy do ukrytych emocji, interpretujemy wiadomości, które zostały głęboko zakopane. Przewidujemy nadejście pewnych wydarzeń, po czym większość z nich przebiega tak, jak zapowiadaliśmy. A nawet, jeśli nie do końca odpowiadają naszym proroctwom, zawsze mamy na podorędziu stosowne, racjonalne wyjaśnienie.
Jak każdy dobry czarodziej, dysponujemy bogatym repertuarem sztuczek, które czynią nas mistrzami iluzji. Wpadamy w szał, kiedy spostrzegawczy, ale złośliwy klient usiłuje zdemaskować nasze przebiegłe zagrania. Na stole tuż obok fotela klienta trzymam mały zegar, ustawiony tak sprytnie, że mogę dyskretnie kontrolować czas spotkania. Większość moich klientów jest pod wrażeniem mojego wyczucia czasu, kiedy nie patrząc na wskazówki, oznajmiam koniec sesji. Pewien klient, który na początku pierwszego spotkania oznajmił, że wszystkich przedstawicieli mojego zawodu uważa za zwykłych naciągaczy-oszustów, zawsze znajdował jakiś sposób, żeby uniemożliwić mi obserwację zegarka. Jednego dnia „przypadkowo” przesunął pudełko z jednorazowymi chusteczkami, całkowicie przesłaniając widok. Innym razem rzucił na stół klucze i okulary przeciwsłoneczne, przesuwając nimi zegar bokiem do mnie. Kiedyś miał nawet czelność rozmyślnie odwrócić tarczę w swoją stronę, a następnie czekał, co na to powiem. Powiedziałem, oczywiście. Coś stosownie złośliwego i karcącego, w rodzaju: „Widzę, że ma pan potrzebę kontrolowania najmniejszych nawet drobiazgów znajdujących się w pana otoczeniu”. Byłem dumny, że utarłem mu nosa, i postanowiłem, że przy najbliższej nadarzającej się okazji zademonstruję mu moją magiczną siłę w inny sposób. Jednakże mimo moich starań nic na nim nie robiło wrażenia. Kręciliśmy się więc w kółko, usiłując sobie nawzajem dowieść, kto jest bardziej trudny.

3. Jestem całkowicie odporny na wszelkie twoje próby zbliżenia się do mnie. Pozostaję absolutnie obiektywny i bezstronny. Troszczę się o ciebie, ale ty jesteś tylko moim klientem, nie zaś częścią mojego życia. Tę grę bardzo lubię. Zaczyna się ona, kiedy przywdziewamy „maskę Freuda” i sprawiamy wrażenie całkowicie niewzruszonych. Udajemy, że naprawdę nic nie jest w stanie nami wstrząsnąć ani nas zranić czy też rozczarować, zezłościć, zniechęcić i zaniepokoić, nawet jeśli w głębi ducha czujemy wrzenie emocji. Trudny klient, naturalnie, świetnie wyczuwa nasz stan i wie, że nas rozszyfrował. Staramy się sprawiać wrażenie, że te ataki w ogóle nas nie dotykają, i zachowujemy się tak, jakby klient, opuszczając gabinet, znikał z naszego życia. Taka postawa jedynie podburza klienta do tego, żeby nas głęboko zranić. My zaś w efekcie stajemy się jeszcze bardziej zdystansowani i zamknięci. I trwa to tak bez końca.

4. Jestem dokładnie taki, jakim ty powinieneś pragnąć się stać. Spójrz tylko na mnie - jaki jestem spokojny, pewny siebie i zrównoważony. Ty również możesz być taki, jeśli tylko zechcesz posłuchać moich rad i podążyć za moimi wskazówkami. Mimo naszych zapewnień, że terapeuci nie wartościują, nie osądzają, akceptują różnice kulturowe, tło społeczne i różne filozofie życiowe, wszyscy mamy swoje zdanie na temat tego, jaki sposób funkcjonowania jest najlepszy. Oznacza to, że choć na początku deklarujemy, iż pomożemy klientowi osiągnąć wszelkie cele, które uważa on za ważne, mamy swój alternatywny plan naszym zdaniem dużo lepszy. Rzecz jasna nie poinformujemy o tym klienta wprost, jednak i tak prześladuje go silne podejrzenie, że będziemy się starali namówić go, by odstąpił od swoich planów na rzecz naszych. Poniżej przedstawiam przykłady tej gry.
„Chce pani, żebym się spotkał z wami obojgiem, z panią i mężem, po to, żeby go przekonać, aby poczuł się bardziej odpowiedzialny za wasz dom? Cóż, wygląda na to, że istotnie jest to bardzo ważna sprawa, którą musicie rozwiązać”. CZYTAJ: No nie, szanowna pani! Jeśli przyszliście tu rzeczywiście z tego powodu, to świetnie. Teraz będziemy mogli naprawdę dotrzeć do sedna sprawy przeanalizować sposób, w jaki oboje funkcjonujecie w waszym związku.
„Chce pani, żebym porozmawiał z pani synem, ponieważ zaczął sprawiać kłopoty po tym, jak się państwo rozwiedli? Wolałbym się najpierw spotkać z panią, żeby zebrać trochę podstawowych informacji”. CZYTAJ: Wolałbym pracować z panią. Poza tym według mnie syn swoim zachowaniem stara się zwrócić uwagę na pani problemy.
„Tak, rozmowa z szefem o tym, że praca nie przynosi panu satysfakcji, to doskonały pomysł. A jeśli to nie pomoże, pomyślimy o jakichś alternatywnych rozwiązaniach”. CZYTAJ: Ile jeszcze razy mam ci powtarzać, że jeśli nie wrócisz do szkoły i nie zrobisz dyplomu, do końca życia będziesz tkwił w tej marnej robocie.
„Mówi pan, że jest pan gotów przerwać terapię na jakiś czas i spróbować sobie poradzić samemu? Zasadniczo nie widzę przeszkód. Może jednak porozmawiamy o tym troszkę, chciałabym poznać podłoże tej decyzji”. CZYTAJ: No, nie, żartujesz sobie! Nie ma mowy, żebym pozwoliła ci teraz odejść, dala ci sposobność ucieczki od relacji, kiedy tylko zaczęła nabierać bardziej intymnego charakteru.
Płaci się nam za przeformułowanie problemu i postawienie naszej własnej diagnozy niezależnej od zapatrywań i samowiedzy klienta. Gra zaczyna się wówczas, kiedy wiemy, że klient nie jest jeszcze gotów przyjąć naszej interpretacji, w związku z czym próbujemy go chwilowo uspokoić czymś łatwiejszym do zaakceptowania. Klient wyczuwa nasze intencje i w przekorny sposób stara się nas przymusić, żebyśmy się przyznali do uknutej przez nas intrygi. Kiedy zaś niewinnie się wypieramy, klient staje się jeszcze bardziej nieufny i intensyfikuje próbę sił.

5. Jestem bardzo dobry w swoim fachu. Pomogłem już wielu ludziom. Jeśli terapia nie idzie tak, jak powinna, to TWOJA wina. Ten plan gry pamiętamy ze studiów. Polega to mniej więcej na tym: do nas należy rola dobrego słuchacza, klient powinien być dobrym mówcą powinien szczerze i otwarcie wyrazić wszystko, co ma na myśli, zachowując przy tym dużą precyzję. Bez tego rodzaju współpracy trudno od nas oczekiwać, żebyśmy mogli być naprawdę pomocni. To trochę tak, jakby pacjent skarżył się lekarzowi na rozdzierający ból, na pytanie zaś, w którym miejscu go tak boli, odpowiedziałby:
„Niech pan mi to powie, doktorze”.
Dlatego też oczekujemy, o ile nie wymagamy, żeby klient okazał chęć współpracy przynajmniej do tego stopnia, abyśmy mogli się wykazać naszą magiczną uzdrowicielską mocą. Jeśli terapia nie postępuje zgodnie z naszymi oczekiwaniami lub jeśli stan klienta, zamiast się poprawiać, pogarsza się, w pierwszej kolejności składamy ciężar winy na barki klienta: „Postępuję z tobą dokładnie tak, jak z innymi klientami. Skoro im to pomaga, a tobie nie, to musi być twoja wina”.
Ten tok rozumowania w oczywisty sposób kłóci się z widocznym faktem,
że jeśli stosujemy tę samą bądź podobną strategię we wszystkich przypadkach, część klientów okaże się niezadowolona, bo będzie miała poczucie, iż nie są przez nas traktowani indywidualnie. Czasem mają oni rację, jak pokazuje poniższy przykład.
Dwie kobiety, Tricia i Darńelle, cierpią z powodu burzliwego rozwodu. Obie są w depresji i mają problemy z samooceną. Potraktowałem je obie z dużą dozą troskliwości i wsparcia. Usiłowałem je nakłonić, aby zostawiły przeszłość za sobą i na nowo ruszyły na podbój świata. Jestem przekonany, że postępowałem dokładnie tak samo z nimi obiema. Tymczasem o ile Tricia robi gwałtowne postępy, stan Danielle jedynie się pogarsza. Jest trudną klientką.
Chwilami Danielle staje się uwodzicielska. Z jednej strony delikatnie ją wspieram, z drugiej zastanawiam się, do czego zmierza. Dąsa się i robi się coraz gorsza żeby mnie ukarać, myślę sobie egocentrycznie, za to, że nie reaguję na nią tak, jak by sobie tego życzyła. Analizuję dokładnie każdy szczegół jej zachowania w poszukiwaniu źródła tkwiącego w niej oporu. Ona zarzuca mi, że jej nie lubię. Ja kłamię i się tego wypieram.
Ona zaś mi nie wierzy i pogrąża się coraz bardziej.
Upłynęło kilka miesięcy, zanim się zatrzymałem i zastanowiłem, jaka jest moja rola w tej całej sytuacji. W jaki sposób moje działanie zakłóca proces leczenia? Wyrzuciłem z siebie właśnie to pytanie w chwili frustracji podczas sesji. I ku mojemu zdziwieniu moja klientka udzieliła mi bardzo trafnej odpowiedzi. Danielle czuła, że złoszczę się na nią, ponieważ nie potrafi lub nie chce być tym, kim chciałbym, żeby była. Tymczasem wystarczająco długo pakował ją w takie bagno jej mąż. Wcale nie chciała sprawiać trudności, jednak niepotrzebnie wywierałem na nią nacisk, kiedy wyczuwała moje rozczarowanie brakiem postępu w terapii. Czy nie byłoby lepiej, gdyby kroczyła do przodu we własnym tempie, zastanawiała się?

Konflikt władzy
Terapeutyczny związek jest nie tylko rodzajem partnerstwa. To także konfrontacja między dwoma osobami, reprezentującymi różne cele i wartości, a w wielu przypadkach także i różne płci, rasy, wiek, poziom wykształcenia, religie oraz status społeczny i ekonomiczny (Mens-Verhulst, 1991). U podłoża najbardziej zawikłanych relacji leży zatem konflikt władzy.
Gry, które prowadzą klienci, by zachować dla siebie pewien zakres kontroli, są ściśle powiązane z grami terapeutów, którzy również starają się ustanowić dominację, a także nieświadomie „rozgrywają” własne nierozwiązane problemy. Kiedy klient mówi, nieustannie się do tego ustosunkowujemy, nie tylko jako ktoś, kto ma nieść pomoc, ale i jako człowiek. Jeśli te dwie role pozostają w konflikcie, podsyca to opór i odruchy obronne tkwiące w kliencie.
Przyjrzyjmy się na przykład potrzebie kontroli i władzy, która istnieje
w wielu z nas. Ciążymy ku nim, ponieważ lubimy mieć poczucie, że to my rządzimy naszymi związkami. Możemy nienawidzić, nawet bardziej niż inni, tego poczucia, że to inni pociągają za sznurki. Dlatego właśnie wybraliśmy profesję, która nie tylko pozwala nam ustanawiać podstawowe reguły naszych zawodowych relacji, ale także daje nam umiejętność kontrolowania, w dużym stopniu, naszych osobistych związków. Bywamy, bardziej niż inni znani nam ludzie, elokwentni i jesteśmy lepszymi dyskutantami. Przedmiotem naszych studiów było zachowanie ludzi i przyczyny, dla których postępują tak, a nie inaczej. Rozumiemy motywy i fenomeny ludzkiej osobowości, niedostępne dla ludzi spoza naszej profesji. Jesteśmy nadzwyczajnie wyczuleni na nastroje i dostrzegamy działające mechanizmy, które dla innych pozostają niewidoczne. Mówiąc krótko, jesteśmy mistrzami olimpijskimi w dyscyplinie relacji międzyludzkich. Dysponujemy umiejętnościami zrozumienia, technikami, interwencjami i repertuarem manewrów pozwalających nam kontrolować związki o wiele silniej niż tym, którzy nie mają za sobą takiego treningu. I dysponowanie tą siłą bardzo nam się podoba.
Weźmy chociażby klienta, który przywykł do sprawowania kontroli nad innymi, kogoś, komu władza nad związkiem sprawia prawdziwą przyjemność. Tacy ludzie, śmiertelnie zranieni w przeszłości tym, że znajdowali się na łasce kogoś, kto zawiódł ich zaufanie, oburzają się na myśl o tym, że ktoś (nawet jeśli jest to opłacany specjalista) może sprawować nad nimi władzę. Widzą na ścianach książki i dyplomy, które potwierdzają naszą zdolność zaglądania ludziom w dusze, i czują się wystraszeni. Dostrzegają, z jakim sprytem prowadzimy rozmowę i kierujemy przebiegiem sesji, i przepełnia ich zazdrość. Wyczuwają naszą potrzebę kontrolowania i to ich onieśmiela. Raz zastraszeni, wypowiadają wojnę.

 
 
zachodnio-pomorskie pomorskie warmińsko-mazurskie podlaskie mazowieckie kujawsko-pomorskie wielkopolskie lubuskie łódzkie dolnośląskie opolskie śląkie małopolskie podkarpackie świętokrzyskie lubelskie Znajdź hospicjum