Anna Dodziuk
Kiedy mówimy: „Cały świat stracił poczucie bezpieczeństwa po ataku na World Trade Center”, nie myślimy o dzieciach. Po tragedii snuliśmy swoje spekulacje, rozmawialiśmy, czytaliśmy mądre tygodniki i – zaabsorbowani własnymi sprawami – nie bardzo zwracaliśmy uwagę na to, że one mogą czegoś od nas potrzebować. Co prawda można łatwo uznać, że ta data coraz bardziej przenosi się do historii, ale warto potraktować to, co się potem stało, jako lekcję tym bardziej pouczającą, że wiele rzeczy udało się zobaczyć jak przez powiększające szkło. I może dostrzec to, czego normalnie nie zauważamy w bardziej zwyczajnych, a dla dziecka również dramatycznych wydarzeniach w rodzinie, takich jak śmiertelna choroba, wypadek, śmierć.
Najpierw kilka słów o tym, jak z punktu widzenia dziecka wyglądał 11 września 2001 roku. Wybuch za wybuchem (wszyscy dorośli mieli cały czas włączony telewizor, w ogromne wieże ciągle na nowo uderzały samoloty), dookoła słowa „atak, tragedia, wojna”, żadnych wyjaśnień, nastrój szoku, smutku, zagrożenia. I pytanie: „Co będzie dalej?”
Cała ta atmosfera bardzo przypominała mi to, co działo się wokół mnie i mojego rodzeństwa po śmierci naszej mamy. Miałam wtedy dziewięć lat i nikt ze mną nie rozmawiał. Co chwila ujawniały się jakieś nowe fakty czy raczej padały aluzje do faktów, ciągle ktoś okazywał swoją rozpacz i bezradność, cały świat jawił się jako jedno wielkie zagrożenie, a niejasna przyszłość bez końca pobudzała pełną lęku wyobraźnię. Nie pamiętam tego, ale pewnie musiałam być skostniała z przerażenia – zupełnie jak część tych dzieci, które oglądały wybuchy i walące się wieże w Nowym Jorku. Przecież musiałam coś zrobić z tym, że mój świat się rozpadł.
A czy do rozpadania się świata nie jest podobne, kiedy rodzina się przeprowadza do nowego mieszkania, do innego miasta, do obcego kraju? Dla niektórych dzieci to niezwykle ciężkie, przytłaczające doświadczenie. Ktoś mógłby powiedzieć, że nie zależy porównywać tak różnych sytuacji, ale ja jestem przeświadczona – a sądzę tak na podstawie pracy psychologicznej z dorosłymi, którzy próbują poradzić sobie z konsekwencjami takich przeżyć w dzieciństwie – że choć inne w treści i natężeniu emocji, wywołują podobną reakcję: lęku, rozpaczy, dezorientacji, bezsilności.
Co się dzieje, jeśli dziecko zostanie z tymi uczuciami samo? Nie ma innego wyjścia – musi się od nich odciąć. Wszyscy przeżywaliśmy kiedyś podobne emocje i wiemy, że nawet jako dorośli, wyposażeni w dużo większe zasoby, nie potrafimy znosić ich zbyt długo. Są dwie możliwości: albo wyrażać je i w ten sposób się od nich stopniowo uwalniać, albo przestać czuć. A długofalowe konsekwencje odcięcia się od uczuć są dobrze znane: ponieważ nie da się tego zrobić wybiórczo, człowiek przestaje odczuwać też pozytywne emocje – miłość, czułość, radość. Nie może kierować się uczuciami, skoro ich nie czuje i w ten sposób traci bodaj najważniejszy życiowy kierunkowskaz, tak istotny dla związków z ludźmi, dla pracy, wypoczynku, twórczości. Co więcej, traci wrażliwość, bo przestaje kontaktować się z uczuciami innych; od nich też musi się odciąć, są zagrażające, bo mogą mu uprzytomnić jego własne uczucia.
Myślę też o tym, jak duży lęk i brak poczucia bezpieczeństwa może mieć swoje źródła w dzieciństwie. Znam dwoje młodych ludzi, którzy byli małymi dziećmi w początkach stanu wojennego, przeżyli szok aresztowania jednego z rodziców i dopiero niedawno mieli okazję zacząć opowiadać, jakich uczuć wtedy doświadczali. Uderzyło mnie, w jak wielu swoich posunięciach aż do dziś odnajdują ślady ówczesnego lęku. Wtedy też – jak mówili – nabrali takiego poczucia, że nikt się nimi nie interesuje, skoro żadna dorosła osoba nie miała dla nich czasu, wszyscy byli ciągle strasznie zajęci, z nikim nie udało się porozmawiać. To poczucie izolacji nie tylko nie znikło, ale z biegiem czasu zżyli się z nim i stało się ich drugą naturą.
Jednak chodzi nam nie tylko o konsekwencje na przyszłość – przecież żyjemy w czasach, kiedy przestało się już myśleć o dzieciach tylko jako o przyszłych dorosłych. Ważne dla nas jest i to, jak im się żyje dzisiaj. Czego więc potrzebują dla swojej teraźniejszości i przyszłości? Bardzo prosto jest odpowiedzieć na to pytanie, dużo trudniej wcielić tę wiedzę w życie. A więc potrzebują obecności dorosłych i wsparcia z ich strony, zapewnienia poczucia bezpieczeństwa, możliwości wyrażenia uczuć oraz ich odreagowania. Co to konkretnie oznacza?
· Dzieciom potrzebne jest upewnienie, że ich świat i świat ich najbliższych – a przynajmniej jego część, jeśli na przykład zmarło jedno z rodziców – trwa nadal i toczy się w znany dziecku sposób. I że dookoła są dorośli godni zaufania i gotowi do pomocy.
· Trzeba dużo przebywać z dziećmi – życzliwa i przytomna obecność kogoś dorosłego dodaje im pewności. Niektóre z nich potrzebują kontaktu fizycznego, trzeba siadać koło nich, obejmować je i dużo przytulać, trzeba posiedzieć z nimi wieczorem przy zasypianiu.
· Ważne jest, żeby nie zaniedbywać domowych zwyczajów: obiad, odrabianie lekcji, kolacja, spanie itd., zachowując jednak elastyczność. Niektóre dzieci mogą mieć trudności z zasypianiem czy ze skoncentrowaniem się na odrabianiu lekcji. Zanim pójdą spać, warto znaleźć dodatkowy czas na głośne czytanie albo granie w spokojne gry – to odpręża, daje poczucie bliskości i bezpieczeństwa, wzmacnia poczucie normalności. Pozwól dziecku spać przy zapalonej lampce, jeśli o to poprosi.
· Trzeba znaleźć czas na rozmowę z dziećmi – nie ma co się spieszyć, lepiej ustalić sobie, co się chce powiedzieć. Trzeba w sposób odpowiedni do wieku pomóc im zrozumieć, co się stało.
· Trzeba mówić dzieciom prawdę, nie udając, że nic się nie stało albo że nie jest to nic poważnego. One i tak wiedzą swoje, a będą się bardziej przejmować, jeśli pomyślą, że dorośli ze strachu nie mówią im, co się zdarzyło.
· Trzeba przyglądać się uważnie stanom emocjonalnym dziecka. Nie każde będzie mówić o swoich troskach i niepokojach – również zmiany zwyczajów, apetytu, sposobu spania mogą pomóc określić poziom lęku, rozpaczy czy poczucia dyskomfortu.
· Dzieci powinny wiedzieć, że mogą być smutne – zdarzyła się tragedia i wszystkie związane z nią uczucia zostaną zaakceptowane. Trzeba pozwolić dziecku mówić o nich, trzeba zachęcać je do tego i cierpliwie mu towarzyszyć.
· Nie wolno obarczać dzieci swoimi lękami i poczuciem zagrożenia, dlatego nie trzeba wdawać się w rozważania, co się jeszcze stanie i co mogłoby się zdarzyć (kiedyś w pociągu słuchałam ze zgrozą, jak matka pocieszała dziecko, z którym jechała na pogrzeb babci, że przecież mógłby umrzeć jeszcze i dziadek). Trzeba też pomóc w oddzieleniu rzeczywistości od fantazji, które uruchamiają się w momencie zagrożenia.
· Trzeba powtarzać dziecku, że je kochasz i że wszystko będzie dobrze.
(Znaczna część wskazówek pochodzi z „Komunikatu dla Rodziców, którzy chcą pomóc swoim dzieciom poradzić sobie z nieszczęściem” (A Handout for Helping Parents Help Children Cope with Disaster from the National Association of School Psychologists), ogłoszonego przez Narodowe Stowarzyszenie Psychologów Szkolnych USA 14 września 2001roku)
Przynajmniej część tych wskazówek wydaje się bardzo prosta, wręcz oczywista, a jednak... Dlaczego nam, rodzicom, tak trudno z sensem reagować na emocje dzieci, kiedy spotkało je nieszczęście? Ponieważ jesteśmy dziećmi, które były przez rodziców pozostawiane sam na sam z tragedią. Nasi rodzice też musieli przeżywać swoje tragedie w samotności. W życiorysach matek, ojców, dziadków i babek były wojny, masowe wędrówki do nowych miejsc osiedlenia, strach przed hitlerowskim i stalinowskim terrorem – oni też, kiedy byli dziećmi, nie mogli liczyć na pomocną reakcję dorosłych. Zamykali więc różne straszne doświadczenia w sobie i odruchowo bronili się przed ich przypominaniem. A przecież nic tak nie przypomina własnego bólu z okresu dzieciństwa, jak widok płaczącego dziecka czy jego opowiadanie o swoim nieszczęściu. Dlatego nie pozwalano nam płakać i mówić, dlatego z kolei my się przed tym bronimy.
Jednak musimy być mądrzejsi, musimy zdobyć się na inne traktowanie naszych dzieci. Powinniśmy – zwłaszcza gdy jest im ciężko – być przy nich, słuchać ich i zachęcać do opowiadania o swoich myślach i uczuciach. Najkrócej: w chwilach, kiedy ich świat się wali, trzeba być uważnym słuchaczem.


