O potrzebie przeżywania uczuć związanych ze stratą
Anna Dodziuk
Zaczęło się od córki znajomych, i to nawet nie moich, lecz zaprzyjaźnionego pana doktora. To on, poruszony sytuacją, poprosił mnie o coś w rodzaju koleżeńskiej konsultacji: 12-letniej Isi zdechł ukochany chomik, w rozpaczy zadzwoniła do rodziców, a kiedy przyjechali z pracy, trafili – zamiast oczekiwanego płaczu i zapotrzebowania na przytulanie i pocieszanie – na potworny wybuch złości. „No to macie – wrzeszczało dziecko – czegoście chcieli! Zdechł i teraz jesteście szczęśliwi, co?!! Tak wam na tym zależało i doczekaliście się!”. Nie muszę chyba wyjaśniać, że oszołomieni rodzice nigdy nie mieli nic przeciwko chomikowi. Zaniepokoili się bardzo serio – czemu się wcale nie dziwię – czy ich pociecha nie wymaga spotkania z psychiatrą.
Uprzytomniło mi to, jak niewiele wiemy o przeżywaniu żalu po stracie czy też, jak wolą niektórzy, żałoby. Zwykle staramy się, gdy w naszym otoczeniu ktoś umrze albo po prostu wyjedzie na zawsze, jak najszybciej przejść nad tym do porządku dziennego. „Nie lubię rozstań” – mówi większość z nas, gdy ukochana osoba wyjeżdża, i to stwierdzenie wystarczy, żeby natychmiast wtłoczyć do środka wszystkie swoje uczucia i jakby nigdy nic przejść do realizowania następnego punktu życiowego programu, na przykład rzucić się w wir pracy. Najczęściej się to udaje i w obliczu straty, po krótkiej obrzędowej przerwie do pogrzebu i może jeszcze kilka dni po nim, zachowujemy się – jak mówią amerykańscy znawcy tego tematu, John James i Frank Cherry – jak podczas ceremonii wręczania Oskarów: ci, których nagrody ominęły, szczerzą się do kamery i udają świetne samopoczucie.
Tylko dlaczego potem atakuje nas apatia i depresja? Dlaczego do niektórych rejonów swego życia, miejsc czy innych okoliczności budzących skojarzenia ze stratą potem nieraz przez długie lata nie zaglądamy? Dlaczego boimy się znowu przywiązać do kogokolwiek? Prosta odpowiedź brzmi: bo nie przeżyliśmy uczuć wiążących się ze stratą, tylko je stłumiliśmy. Wydaje się, że wszystko jest w porządku, ale koszty są wysokie – może to być bezsenność, trudności w koncentracji i podejmowaniu decyzji, nadużywanie leków i alkoholu, objadanie się, lęk przed przyszłością, izolacja od ludzi, a także próby samobójcze, złe traktowanie bliskich, rozpad związku.
Od najmłodszych lat jesteśmy uczeni, żeby nie przeżywać rozpaczy, złości, rozmaitych lęków związanych ze stratą, a zwłaszcza ze śmiercią. Pamiętacie, jakie dziwne rzeczy opowiada się dziecku, kiedy umrze babcia? Że wyjechała, że jest w szpitalu, że poszła do aniołków. A ono przecież swoje wie, bo albo to wyczuło, albo podsłuchało... I wiadomość, jaka wtedy dociera do młodej osoby, brzmi: „Śmierć i związane z nią uczucia są jakoś nie w porządku, nie wolno o tym mówić ani nic pokazywać po sobie”. Małe dzieci ponoszą jeszcze inne dotkliwe straty, często lekceważone przez dorosłych – zginęła ulubiona zabawka, wyprowadziła się najlepsza koleżanka, zdechło ukochane zwierzątko. Dobrze, że rodzice Isi byli gotowi nie powstrzymywać jej rozpaczy, bo o ileż częściej dziecko mogłoby spotkać się z reakcją: „Przestań histeryzować, Iśka, kupimy ci drugiego chomika. A może świnkę morską, co?”. Na szczęście i mama, i ojciec Isi powstrzymali się od pomysłu kupienia jej nowego chomika, chyba rozumiejąc, że ukochanego zwierzątka, podobnie jak ukochanego człowieka, nie da się zastąpić.
Chciałabym im jednak powiedzieć jeszcze: „Pozwólcie Isi też i złościć się. To przecież tak naprawdę nie na was, to na los, który zabrał jej ukochana istotę”. Po złości przyjdzie czas na rozpacz, a skoro chomik był dla niej naprawdę taki ważny, rozpacz też może być głęboka i może długo trwać. Nie mówię, że to łatwe zadanie, ale najlepszą pomocą w takich przypadkach jest po prostu bycie z osobą, której przydarzyło się nieszczęście. Isia po okresie złości zechce płakać i wtedy na pewno nie odrzuci towarzystwa rodziców, tak jak i teraz, w momencie pierwszej agresywnej reakcji paradoksalnie potrzebuje ich właśnie po to, żeby wyrzucić z siebie złość.
Myślę, że trzeba powiedzieć kilka słów również o lęku. Każda śmierć wywołuje co najmniej dwa trudne do zniesienia uczucia: lęk przed własną śmiercią i lęk, że sytuacja podobnej straty może się powtórzyć. Czy nie dlatego tak nie potrafimy spokojnie towarzyszyć osobie, która poniosła stratę, bo jej uczucia przywołują nasze własne, zapędzone gdzieś daleko w głąb psychiki? Trochę tak, jakbyśmy nieświadomie podejmowali decyzję: „Nie chcę przypominać sobie o własnym lęku (rozpaczy, złości), więc nie pozwolę ci przeżywać twojego”. Każdy boi się śmierci, każdy boi się porzucenia – i kłąb tych nierozpoznanych i niewyrażonych uczuć pozostaje w człowieku, blokując możliwość przyglądania się i przeżywania tego, co dzieje się aktualnie. Tłumaczę to często osobom, z którymi prowadzę psychoterapię: kiedy emocje, które pozostają w nas, zasnuwają nasze pole widzenia, dzieje się coś podobnego do zakładania kolejnej woalki – pierwszej prawie nie zauważamy, spoza dziesiątej czy dwudziestej nie widać już właściwie nic.
Osoby, które dużo płaczą i dużo mówią o swojej stracie, szybciej wracają ze stanu emocjonalnego znieczulenia do pełnego przeżywania, do żywych kontaktów z ludźmi i optymistycznego patrzenia w przyszłość. Ale zwróćcie uwagę, że nie jest łatwo zapewnić sobie do tego warunki. Tak wiele osób już po krótkim czasie od śmierci czy rozstania zaczyna przywoływać osobę, która przeżywa żałobę, do porządku: „Weź się w garść – mówią. – Ile można się smucić? Życie ma swoje prawa. Nie można wiecznie patrzeć w przeszłość”. Tak jakby z zewnątrz można było wiedzieć, ile rozpaczy mieści w sobie ktoś drugi. Ja zawsze przyjmuję takie założenie, że jest to na pewno znacznie więcej niż mnie się wydaje.


