Hospicjum to też Życie :: Płacz, który uzdrawia  
mapa
Fundacja Hospicyjna
Lubię Pomagać
Poznaj Partnerów Projekt Więźniowie Forum wolontariatu pomóż nam pomagać forum napisz pożegnanie
1 procent
Umierać po ludzku
Towarzyszenie i wsparcie w żałobie
Płacz, który uzdrawia

Anna Dodziuk

W wielu różnych kulturach ludzie płaczą, mają nawet swoje rytualne okazje, przy których nie płakać się nie godzi. Nasza kultura – dlaczego? –szczególną wartość upatruje w „trzymaniu się”. Pozwolę sobie na dwa kontrastowe przykłady. Kiedy zobaczyłam Michała dwa dni po tym, jak w wypadku została ciężko ranna jego córka, przestraszyłam się, taką miał ściągniętą twarz, która w dodatku wydawała się całkiem szara. Michał poruszał się jak automat, miał zgaszone oczy i z zimną precyzją wykonywał swoje zawodowe obowiązki. Zapytałam, jak się czuje, i przestraszyłam się jeszcze bardziej, kiedy usłyszałam, że wszystko jest w porządku. Nic nie było w porządku i nie mogło być! Ale nie  potrafiłam się z nim porozumieć. Miałam wrażenie, że całym sobą chce mi zakomunikować jedna rzecz: „Tylko mnie o nic nie pytaj”.

Natomiast codziennie rozmawiałam przez telefon z jego żoną, dwukrotnie się z nią spotkałam, bo obydwie wiedziałyśmy, że ona ma wielką potrzebę wygadać się i wypłakać – jakoś z siebie wyrzucić ból i rozpacz, ale też poradzić sobie ze strachem, że dziewczyna umrze albo będzie kaleką. „Z Michałem staramy się  nie wchodzić sobie w drogę. Irytuje go, że mam czerwone oczy i czasem się rozpłaczę, ciągle mi powtarza, że mam się wziąć w garść. A więc o tym, żeby mnie wspierał, nie może być nawet mowy. Dla niego to jest teraz najważniejsza rzecz, żeby się nie dać”.  I żeby jeszcze było wiadomo, po co to „trzymanie się” i „nie dawanie”...

Jedyna okazja do płaczu, społecznie uznawana za uzasadnioną, to śmierć kogoś bliskiego: na pogrzebie można płakać publicznie. Poza tym płacz jest uważany za wyraz słabości i „mazanie się”, niegodne dorosłego, a nawet dorastającego człowieka. Płaczące dzieci się zawstydza i upokarza, nazywając beksami i wyśmiewając się z tego, że „ryczą”. Niektóre słyszą: „Przestań natychmiast, bo tak ci wleje, że dopiero będziesz miał powód do płaczu”.

Ta bezlitosna nauka – wbita nam do głowy w dzieciństwie i nigdy później nie korygowana – każe nam chować ból i cierpienie i nie ujawniać takich swoich uczuć nawet przed najbliższymi. Można powiedzieć, że w pokoleniu naszych rodziców i dziadków miało to swój sens: było dziedzictwem wojny i okupacji, kiedy wszystkie siły szły na przetrwanie i nie można sobie było pozwolić na to, żeby przystanąć i zająć się swoimi albo czyimiś uczuciami. Czasy komunistyczne również sprzyjały trzymaniu swoich prawdziwych uczuć na wodzy i życiu w nierzeczywistości emocjonalnej.

Ale od tamtej epoki oddalamy się coraz bardziej, a stare zwyczaje trwają. Trwają i niszczą nas psychicznie, po pierwsze – dlatego, że odcinając się od przeżywania i wyrażania uczuć (a jedno od drugiego jest nieodłączne), przestajemy być sobą, co pochłania mnóstwo energii i zżera radość życia. Po drugie – z tego powodu, że nasze otoczenie, zwłaszcza bliscy, odbierają nieprawdziwe sygnały: nie widząc łez, nie mogą wiedzieć o naszym smutku i rozpaczy. Paweł mówił tak: „Żona ma teraz trudny okres, nieprzyjemności w pracy, ale nawet się nie domyślam, kiedy może potrzebować wsparcia czy wysłuchania, bo zawsze po powrocie do domu na jednakową twarz, taką bez wyrazu”.   

Za życie bez płaczu płacimy też uszczerbkiem na zdrowiu fizycznym: niewyrażone uczucia na różne sposoby zatruwają nam organizm. Niewypłakane łzy stają się przyczyną podatności na katary, infekcje gardła, przeziębienia i anginy – badania wskazują, że tak się właśnie dzieje z dziećmi, które nie płaczą. A i dorośli mogą się o tym przekonać, obserwując reakcje własnego ciała, kiedy wstrzymują płacz. Oczy, cała twarz, gardło, czasem górna część klatki piersiowej jest jakby opuchnięta, nieraz jakieś ich części wykazują bolesność nawet bez dotknięcia albo pojawia się kłucie. Wyraźne jest napięcie mięśni, potrzebne do trzymania na wodzy emocji, które rwą się do tego, żeby je wyrazić poprzez płacz. Nieraz to doznanie jest na tyle intensywne, że ludzie opisują je tak: „Myślałam, że mi serce pęknie” albo „Czułem, jakby mnie miało za chwilę rozsadzić”. Wyraźnie odczuwamy, że te partie naszego ciała są narażone na obciążenie, napięcie i stres, a w konsekwencji na chorobę. I to jest wyjaśnienie, co ma wstrzymywany płacz do stanu naszych górnych dróg oddechowych.

 Rodzimy się ze zdolnością odreagowywania bólu i smutku poprzez płacz, co dobrze widać na dzieciach, którym jeszcze nie udało się zakazać płakania. Maluchy potrafia płakać całym sobą, szlochać i zalewać się łzami, a po jakimś czasie rozpromienić się i wrócić do zabawy. Dorośli też mogliby pozwolić sobie na odreagowanie cierpienia, a potem z lżejszym sercem przystąpić do swoich zwykłych obowiązków, gdyby nie wewnętrzny zakaz, głęboko wryty w psychikę od dziecka. „Wstydzę się płakać – powiada Agata. – I boję się, bo ojciec mnie bił, kiedy tylko widział łzy”.

Jak bardzo ludzie potrzebują wypłakać swoje zadawnione cierpienie, przekonała mnie i wciąż od nowa przekonuje praca z grupami terapeutycznymi. Wśród pierwszych opowieści, nieśmiałych i bardziej sprawozdających fakty niż opisujących uczucia, ktoś jeden zwykle dzieli się jednak swoim bólem: może to być porzucona kobieta, mężczyzna żałujący krzywd przez siebie wyrządzonych, ofiara przemocy, ktoś, kto czuje się gorszy od innych. Jeżeli jemu lub jej zaczną płynąć łzy, wtedy często druga i trzecia osoba zaczyna płakać, a inni mówią, że coś ich dusi albo szczypią oczy. W końcu zaczynają niepokoić się ci, którzy nie czują żadnej chęci płakania: czy to słysząc, że innym osobom płacz przyniósł ulgę, czy widząc, jak inaczej te osoby wyglądają. Bo po solidnej porcji płaczu zaczynają im błyszczeć oczy, twarz przestaje być taka jak u Michała czy żony Pawła – robi się odprężona, żywa, rozpromieniona, wyraźnie ładniejsza.

Wtedy jest dobry moment, żeby trochę rozluźnić zakazy z dzieciństwa. Jest więc okazja, żeby wydobyć je na światło dzienne i podzielić się tymi wspomnieniami z innymi: kto wprowadził zakaz płakania? Jak to robił – słowami czy bez słów? Jakie były reakcje na płacz i jakie kary? Co należałoby powiedzieć, żeby obronić prawo dziecka do płakania? Bardzo szybko wszyscy uczestnicy grupy zaczynają widzieć, że zablokowanie zdolności do płaczu nastąpiło w rodzinie, w której się dorastało, i że nie muszą oni kontynuować tej rodzinnej umowy, zgodnie z którą prawo do płaczu mają tylko bardzo małe dzieci i uczestnicy pogrzebów.          

Wiele kobiet instynktownie rozumie wartość płaczu jako rozładowania czy odreagowania i wie, że przynosi on ulgę, dlatego pozwala innym i sobie na łzy, kiedy zdarzy się przykrość albo coś przypomni o cierpieniu z przeszłości. W ich przypadku norma społeczna zakazująca płaczu nie jest zbyt ostra, a czasami skłonność do łez jest nawet kojarzona z kobiecą wrażliwością. Oczywiście gorszą sytuację mają mężczyźni: i oni sami, i otoczenie często uważa płacz za oznakę zniewieścienia. Muszą więc męczyć się tak jak Michał, który – w przeciwieństwie do swojej żony – musiał odciąć się od całego swojego przeżywania, zacząć funkcjonować jak automat i skazać siebie na samotność. Bo każda ciepła obecność innej osoby, każde pochylenie się nad jego ukrytym cierpieniem musiałoby skłaniać go do łez, dlatego trzyma się na dystans nawet od żony. Jest i drugi powód: gdyby Michał nie był głuchy na jej cierpienie, nie zmuszał jej do chowania go przed nim, to przez proste utożsamianie się mogłoby to i jego sprowokować do płaczu. Pozostało mu więc tylko „trzymać się” i tego samego stanowczo wymagać od żony.

Dramatyczne przeżycia związane z wypadkiem córki spowodowały, że tym dwojgu jest do siebie coraz dalej. Niestety, tak to właśnie bardzo prosto jest: zamykanie się w sobie w chwilach nieszczęścia oddala, a wspólne przeżywanie smutku, wspólny płacz bardzo zbliża.

Świadomość, że tak jest i że płakanie działa dobroczynnie na stan psychiczny i zdrowie fizyczne człowieka, powoli zaczyna torować sobie drogę. Daleko jeszcze jej do powszechności, chociaż zdarzają się już wychowawcy i rodzice, którzy pozwalają płakać dzieciom, bywają też osoby, gotowe wspierać płaczących dorosłych. Tak więc panuje w tej materii wielkie pomieszanie. Sama słyszałam, jak pewną rozszlochaną kobietę przytulała jej córka, mówiąc: „Mamusiu, nie płacz – płacz, płacz, wszystko wypłacz”. Chciałabym, żeby coraz więcej ludzi z tego rozdroża zmierzało w stronę dopuszczania łez. Dopiero bowiem własne doświadczenie długiego, głębokiego płaczu pozwala zrozumieć, jak bardzo jest on uzdrawiający.     

PS. Dostałam list od mężczyzny, z którym podzieliłam się swoimi przemyśleniami: „Osobiście jestem przekonany, że my, faceci, umieramy jakieś 10 lat wcześniej od kobiet z powodu zakazu płaczu! Z tego też powodu bardzo doceniam znaczenie łez. W «Królowej Śniegu» psychoterapeutyczny gotowiec!”. Rzeczywiście: pamiętacie, jak do Kaja zaczęły wracać normalne uczucia i normalne, ludzkie ciepło, kiedy łzy Gerdy wypłukały mu z serca odłamki stłuczonego lustra złego czarodzieja?

 
 
zachodnio-pomorskie pomorskie warmińsko-mazurskie podlaskie mazowieckie kujawsko-pomorskie wielkopolskie lubuskie łódzkie dolnośląskie opolskie śląkie małopolskie podkarpackie świętokrzyskie lubelskie Znajdź hospicjum