Opracowano na podstawie książki Bernarda Raya pt. Tajemnica życia przed i po śmierci, Księgarnia Świętego Wojciecha, Poznań 2004.

Śmierć pyta o życie. Tak wiele nietrwałych radości przekreślonych, tyle więzi ostatecznie zerwanych. W dniu, w którym straciłem jednego z moich braci, w wieku osiemnastu lat, zauważyłem nagle, że dokonało się w moim życiu jakieś ostateczne pęknięcie, którego nic nie mogłoby usunąć. Śmierć działa w sposób nieuleczalny, wywiera na zawsze piętno na tych, którzy zostają. A cóż powiedzieć o śmierci masowej, której przyczyną są kataklizmy, wojny, nieświadomość ......, które pozostawiają setki milionów istnień ludzkich wydanych na pastwę biedy, głodu, beznadziei? Czym jest życie dla tych ludzi?
Nie można od tych pytań uciekać: to one przebijają skorupę błogich oczywistości, przywołanych wyżej. Stając w obliczu tych nieszczęść ludzkich, istnień przerażonych, miłości zranionych w sposób niepowetowany, jaki może być sens życia? Nasze pewniki wynikające z wiary nie mogą ignorować tych nieszczęść, nie mogą też stawać obok nich, powinny one zachować oczy otwarte na te rzeczywistości. W jaki sposób spojrzeć na życie patrząc jednocześnie na śmierć?
Stawianie czoła nieuchronnej śmierci
Co robimy tutaj – na ziemi? Któregoś dnia, po przebudzeniu, kilka miesięcy temu, pytanie to narzuciło mi się z wielką siłą. Spędziłem nockę na przedmieściach Paryża u przyjaciół, których często odwiedzam. Mieszkają w komunalnym bloku a nad nimi żyje dosyć dziwna para. On, lekko upośledzony, mówiąc w sposób urywany, bardzo donośnym głosem; jest na rencie, ma z czego żyć. Krótko mówiąc, owego poranka, obudził mnie donośny głos: dzielny człowiek rozpoczynał swój dzień. Kolejny dzień nawlekany jak koraliki jeden po drugim: wstać, włączyć telewizor, zjeść, wypić ... i później spać i nazajutrz rytuał powtarzany od początku. Nie wiem dlaczego, ale w tamtym momencie, przyszło mi nieoczekiwanie do głowy pytanie: co robi na ziemi ten człowiek z mieszkania nad naszym? Zważywszy na jego codzienną egzystencję, jaki może być sens jego życia? Wydał mi się on wtedy jakimś stworzeniem niewłaściwym, oddanym przez przypadek, jakby wyrzuconym tam - na ziemię. Tak wyrzuconym –tam, takie właśnie zdanie przyszło mi na myśl. Jest tam, wyrzucony... I powiedziałem sobie też: ze mną jest przecież podobnie! Ze wszystkimi jest tak samo. Jesteśmy jak on, wyrzuceni na ziemię, tak, wyrzuceni! I trwa to tak już od tysięcy lat! Jak to pojąć? Życie gratis? Absurd życia?
Jesteśmy więc tu, gdzie nas złożyła nasza matka „wydając nas na świat”. Od tego momentu każdy radzi sobie tak, żeby wypadło mu to w możliwie nie najgorzej. Wobec tego można rozważyć pierwsze rozwiązanie i większość ludzi uzna je bez wątpienia dobrowolnie: zabezpieczyć się, radzić sobie w życiu pod osłoną innych lub nawet trochę ich wykorzystując, ale przede wszystkim nie stawiając zbyt wielu pytań, zwłaszcza tych wielkich pytań o sens życia etc. Albert-Marie Besnard opisał tę sytuację w ten sposób: „Iluż ludzi nie ma przeznaczenia! Są tutaj przez przypadek, odejdą nieważne jak i dlaczego i dokąd, ale na razie ważne, by im nie przeszkadzać : namiętnie rzucają kości, zajęci są pracą, w domu czeka na nich jedynie gazeta i posiłek (dziś dorzucilibyśmy jeszcze „telwizję”!). Mieszkają w świecie niespokojnym, ale te katusze świata ich nie poruszają. Być może dzieli ich od nawałnicy tylko prosta zapora, ale pod jej osłoną widać ich jak odchodzą i przychodzą bardzo beztroskich: nie krzyczcie o pięknej odwadze, to tylko nieświadomość.”1
Można też przyjąć inną postawę: widzieć w tych ludziach wspólników doli, którzy tak jak my, są „rzuceni” na ziemię, i starać się przebyć z nimi, najlepiej, jak można, tę daną nam egzystencję. Trzeba będzie oczywiście, zorganizować się i włożyć nieco porządku w ten chaotyczny „dom-ziemię”, trzeba też spróbować nadać jakiś sens tej wielkiej wspólnej przygodzie, której nikt nie szukał, a która, w każdym razie zakończy się na dnie jakiejś dziury lub też w oparach.
Rzeczywiście, ukazują się naszym oczom wokół nas rozległe ślady gigantycznych wysiłków, które podejmowali nasi poprzednicy, aby jakoś urządzić swoją ziemię, by wyrazić ich wierzenia, nadać sens wszystkiemu, co się im zdarzało. Cała historia i dzieła ludzkości znajdują razem tutaj właśnie swoje wyjaśnienie. Liczne instytucje społeczne, sztuka, to, co stanowi kulturę, same religie, wszystkie dzieła ludzkości wytworzone od samych początków są wyrazem życia, które znajduje swoje potwierdzenie w obliczu śmierci, nie ustępujące przed czasem, który przemija roszcząc sobie prawo wchłonięcia życia.
Jaki zatem sens nadać naszemu życiu? Czy jest ono cudownym chociaż krótkotrwałym darem, z którego kiepskiej łaski by nie skorzystać? De facto wspaniałomyślność wielu ludzi, którzy sobie wzajemnie pomagają poświęcając się służbie swoim jednorodnym sprawia, że zrozumiałe jest, że dla wielu ważna jest owocna praca nad teraźniejszością, która zostanie zapisana dla następnych pokoleń. Wydaje się im więc, że mają świadomość, stosownie do słów Pascala, że „człowiek nieskończenie przekracza człowieka”. Mogą się w ten sposób umieścić na przestrzeni poprzedzającej ich i następującej po nich historii, co w całej przygodzie ludzkiej nadaje ich istnieniu niepowtarzalne miejsce. W takim razie, ich, nawet krótkie życie, zyskuje dla nich sens, wartość, którego śmierć nie może przekreślić: godzi się ona na pewną transcendencję, to znaczy na taki porządek rzeczy, który przekracza całkowicie doświadczenie człowieka.
Nie można zaprzeczyć ważności poglądów utrzymywanych przez wielu ludzi nie wierzących w Boga. Jednakże waga takiego stanowiska nie zamaskuje na tyle wielkiej niepewności ludzkiego istnienia, które mieści w sobie bezgraniczne pragnienia w największej bezsilności, które głodne jest szczęścia i dobrobytu lecz zmuszone do ciągłej walki, do cierpienia.
Lubimy, nadając sens poszczególnym egzystencjom, umieścić je w rozumie, wewnątrz wielkiego planu, pewnej historii, która je przekracza. Czym są jednak naprawdę, w rzeczywistości, te małe osobiste historie życia każdego człowieka? Rozważmy przykład: podziwiamy piramidy i katedry, ale co my wiemy o całym życiu tych, którzy je wznosili? Czy ich życie, było czymś innym niż pasmem ciężkiej pracy, jak to ujmował Hiob lub Kohelet? Czy warto byłoby zadawać sobie trud wyczerpującego wznoszenia tych monumentalnych dzieł, czasem budowanych wielkim wysiłkiem ciężkiej pracy niewolników, dla chwały kilku faraonów czy innych despotów? Czym się stały przegrane historie życia tych, którzy to przeżyli? Czym stali się oni sami? Żyć, aby budować przyszłość, taka jest wizja żyjących, którzy sami są krótkotrwali, ale jakie jest rzeczywiste znaczenie tych, którzy zaginęli? Czy ludziom chodzi jedynie o zebranie kilku dobrych chwil w trudnej historii życia? Jak należy odczytać krzyczące nierówności sprawiające, że dla jednych życie jest szczęśliwe podczas gdy dla innych, których jest większość, jest ono kalwarią? I dla kogo, i po co, wreszcie, to wszystko?
Nietrwałość istnienia
Dziś poczucie nietrwałości życia jest coraz żywsze, przez fakt, że wielkie opowieści, które mogły nadać naszej egzystencji jakiś sens, zostały radykalnie zakwestionowane jako czysta wizja ducha, której przeczą same fakty. Poza wielkimi adeptami wielkich religii zbawczych, nie wierzy się już tak bardzo w postęp ludzkości harmonijnie wznoszącej swoją przyszłość, do której zostaniemy zaproszeni, by składać nasze życie w ofierze. Marksizm jest dobrą ilustracją tego upadku, który bryzga na wiarygodność rozmów Kościołów. Nie znajdujemy się już w obecności mitu o postępie, który ożywił łącznie XIX i pierwszą połowę XX wieku. Czy placówki naukowe istotnie dokonały postępu na polu sprawiedliwości, pokoju, harmonii stosunków między narodami? Czy człowiek na tym polu zwyciężył? Czy jest dziś bardziej szczęśliwy? Od ćwierćwiecza wielu ma co do tego wątpliwości.
Nietrwałość życia natomiast odczuwa się bardzo silnie i na różne sposoby. Są po pierwsze zjawiska wspólne wszystkim epokom: to jest ostateczne odejście osób bliskich, które powoduje w relacjach pęknięcie i naznacza odtąd nasze życie obecnością śmierci; to jest choroba czy śmierć, która już się dokonała; może to być proces starzenia się, kiedy najpierw stopniowo malejące siły i umiejętności opuszczają. Nasza przyszłość zatem zawęża się a my doprowadzeni jesteśmy do ostatecznego wyrzeczenia się marzeń, które pieściliśmy, z przedsięwzięć czy możliwości życia , które, wydawało się, że jeszcze wczoraj znajdują się w naszym zasięgu. Trzeba się ich zrzec: jest masa rzeczy, które chcielibyśmy zrealizować, a których nigdy nie zrealizujemy. Doświadczamy więc, bardzo konkretnie, naszych granic, będących zapowiedzią naszej śmierci, która pochłonie wszystko, czym bylibyśmy.
Ta świadomość nietrwałości życia wydaje się coraz wyraźniejsza we współczesnym społeczeństwie. Odkąd zapomniało ono o Bogu, nie jest już w stanie wytrzymać śmierci, stąd poszukuje się na wszystkie sposoby rozwiązania, by móc przezwyciężyć ten nieuchronny „termin spłaty”. Sytuacja pogarsza się przez tryb życia prowadzony w miastach, a który narzucony jest większości ludzi. Żyjemy faktycznie w świecie coraz bardziej złożonym, którego mechanizmy wymykają się większości społeczeństwa. Przestrzeń pękła. Niegdyś należało się do jakiejś wspólnoty, żyło się na wsiach lub w miastach, co nazywano „na ludzką miarę” (używam tu celowo zwrotu bezosobowego by zasugerować bezimienność codzienności). Tymczasem, w naszych czasach, nie panuje się już nad swoim otoczeniem, w którym już się nie mieszka, każdy tworzy swoją własną sieć przebiegającą od miejsca zamieszkania do miejsca pracy (jeśli ma się szczęście pracować!), mijając innych bez możliwości poznania się, spotykając ich w środkach transportu, w kolejkach, czekając w szeregu, podobnie jak milczące groby stoją w szeregu w ciszy cmentarzy, bez wzajemnych relacji, tak jakby już dzieliła nas śmierć.
Ponadto, w okresie, gdy na wielką skalę szaleje bezrobocie, takie odosobnienie znajduje swoje potwierdzenie przez poczucie, że się jest niepotrzebnym, bezużytecznym: do niczego nie jest się przydatnym, ponieważ z dnia na dzień można się znaleźć w sytuacji bez pracy. Staliśmy się wymienni (zastępowalni): młodszy pracownik zastępuje dawnego, ponieważ mniej kosztuje. Taka sytuacja także nam o śmierci opowiada, ponieważ zanim zniknę ostatecznie, doprowadza się do tego, że już znikam z układu życia społecznego. Przed odpowiednim wiekiem, „odejście na emeryturę” już jest jak „odejście w śmierć” społeczną, w przedwczesną obecność śmierci, gdyż z punktu widzenia społecznego jesteśmy przeludnieni (jesteśmy w nadwyżce), a więc niepotrzebni: już umarli!
Sytuacje te mogą jedynie zaakcentować poczucie, że się nie posiada żadnej wartości, że nie jest się osobą niepowtarzalną, mającą swoje miejsce we wspólnocie, jaką jest społeczeństwo, ale jakąś jednostką, już nie podmiotem lecz wymienialnym, więc jednorazowego użytku przedmiotem. Podobne sytuacje przywracają obecność śmierci: jest się jak gdyby umarłym, ponieważ nie jest się poznanym, nie istnieje się dla nikogo. Ta wszechobecność śmierci tłumaczy jej odrzucenie. Zewsząd straszy pozbawiona najmniejszego sensu, jest wypierana lub ukrywana przed świadomością: żyjemy tak, jakby śmierć nie miała się nigdy pokazać i szukamy rozwiązań, by ją pokonać.
Ukryta śmierć
Ponieważ ludzie nie znajdują już w swoim życiu sensu, wiele kobiet i mężczyzn usiłuje minąć się ze śmiercią odwołując się do reinkarnacji albo też usiłują zwyciężyć śmierć uciekając się do nauki.
Wiara w reinkarnację jest częścią ciągu poszukiwań charakteryzujących obecną eksplozję zjawisk religijnych, które ukazują cały nieład człowieka zachodu w poszukiwaniu sensu. W świecie, w którym indywidualizm narasta przez istnienie społeczeństwa o zasadach rynkowych, gdzie nie przestaje się wzbudzać naszych pragnień, pogłębiać naszego głodu , wywoływać w nas coraz większego niezadowolenia, co czyni nasze życie naprawdę (rzeczywiście) chorym, zaczynamy rozumieć, że tylko istniejąc w kilku wcieleniach możemy zrealizować tyle pragnień. Przyniesiona ze Wschodu, lecz pozbawiona tradycji przodków, wiara w reinkarnację stała się więc przedmiotem konsumpcji, wnosząc nadzieję na miarę naszych bezgranicznych pragnień. Stanowi ona odtąd część do dyspozycji w supermarkecie religijnym. Pod tym względem nie wydaje się ciekawym sytuować tę fabrykowaną nadzieję wśród innych celów, które mają jedną wspólną cechę domagać się zapobiegania niepokojom czasu teraźniejszego, zaprzeczając istnieniu śmierci. (negując śmierć)
Również nauka pobudzana jest do przezwyciężania śmierci. Kilka lat temu, w swoim dobrze udokumentowanym studium, antropolog Louis-Vincent Thomas sporządził wywierający wrażenie stan tego, co można było znaleźć na rynku po tamtej stronie2. A oto kilka próbek: naukowe i filozoficzne próby wyjaśnienia śmierci, które pokazują, że śmierć jest jedynie pozorna, i że pył, w który się obracamy, jest de facto, energią życia, która się odnawia dzięki fotonom; naukowe badania, dla znalezienia środków młodości, mając już za sobą satysfakcjonujące próby na myszach, których długość życia została znacznie zwiększona; świadectwa dotyczące doświadczeń na granicy życia lub poza swoim ciałem, w nowej czaso-przestrzeni; próby hibernacji do – 196 º w celu dalszego uzdrowienia; uciekanie się do parapsychologii i okultyzmu by uświadomić sobie nasze wcześniejsze egzystencje (doświadczenie zjawiska déjà vu, śladów wykrytych u przodków, argument wydobyty z odmiennego życia dwojga bliźniąt, dający się wytłumaczyć dwoma poprzednimi odmiennymi żywotami); poszukiwanie kontaktu ze zmarłymi albo z duchami w oczekiwaniu na reinkarnację... Można dziś wspomnieć o badaniach genetycznych, takich jak klonowanie: niektórzy marzą o tym, by dać się zdublować, co pozwoliłoby im na naprawę niedoborów w ich organizmie, podobnie jak to robią w przypadku swoich samochodów. Czegoż nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić by odepchnąć a w istocie pokonać przeszkodę śmierci, która staje przed nieskończonością naszych pragnień!
Wszystkie te wierzenia są wyrazem surowości świata. Okryciem jest, że wiara w reinkarnację, według sondaży, okazuje się najbardziej rozpowszechniona u osób samotnych, żyjących w miastach, na tych anonimowych pustkowiach. Znaczy to, że taka nadzieja podtrzymuje tych, których izoluje coraz bardziej połamane społeczeństwo, w którym brak punktów orientacyjnych, które nie ma wyższych perspektyw i goni przecież w poszukiwaniu sensu.
Fakt, że reinkarnacja staje się dla tak wielu istotom zbitym z tropu wielką nadzieją wyjaśnia się, widzieliśmy to, w moich zaognionych pragnieniach. Jednak jest to dla nas wskaźnikiem, że odwołujemy się do wierzeń zaimportowanych ze Wschodu, gdzie fundament istnienia jest postrzegany w relacji do Wszechświata. Kiedy czujemy się osamotnieni, miotani, bez żadnych punktów odniesienia, koniecznością jest odnalezienie jakiejś jedności, jakiejś ciągłości. Gdy ta jedność zdaje się nie do odnalezienia na łonie społecznym, które okazuje się kruche a wręcz pękające, doświadczamy potrzeby nawiązania innych więzi, zapuszczenia korzeni w poprzednich egzystencjach, otwarcia się na przyszłość przez późniejszą egzystencję, która usankcjonuje nasze wysiłki, znajdzie rozwiązanie naszych niepowodzeń i pozwoli ukarać tych, którzy teraz stanowią przeszkodę do naszego szczęścia. Kiedy życie nie ma już sensu, śmierć jest najstraszniejszą z niesprawiedliwości a jej absurd staje się nieznośny. Zatem ktoś, kto już nie ma Boga wymyśla sobie rozwiązania, które „skleja” („majstruje”) odwołując się do dziedzictwa przodków, do czasów, w których byli bogowie.
Ale właśnie, cóż mówiono, kiedy byli bogowie? Jak odnajdywali się wierni Bogu jedynemu, ci, których odkrywają nam karty Biblii: jak przeżywali oni tę nietrwałość istnienia, tę zagadkę, jaką jest życie?
1 Vie et combats de la foi, Paris, Ed. du Cerf, 1965, p. 157-158
2 Patrz „L’eschatologie. Permanence et mutation”, w Réincarnation, immortalité, résurrection, Publikacje Wykładów uniwersyteckich Saint-Louis w Brukseli, 1988, p.2-42.


