Dokąd odeszłaś? Każdy płomień kiedyś zgaśnie...
Lubiła tańczyć, ścigać się z wiatrem...
Najtrudniejszy jest początek.
Lubiła tańczyć, ścigać się z wiatrem, który wzbudzałem trzepotem skrzydeł. Lubiła jak niebo płakało. I jak te ciepłe łzy bezwiednie się o nią rozbijały i ją też czyniły taką łzą.
Wierzyła w drugiego człowieka, nie w Boga. I chyba dopiero tuż przed samym końcem zdała sobie sprawę, że jej religia daje więcej rozczarowań i tworzy więcej rys i załamań na gładkiej tafli nadziei. Że szkło tłucze się częściej. Z rozpaczy.
Próbowałem ją obudzić z oślepienia, mówiłem:
- To dzięki Bogu możesz tańczyć w strugach deszczu, ścigać się z wiatrem...
I właśnie wtedy gdy wiał wiatr szeptałem te kilka słów, które miały otworzyć jej z pozoru nie zamknięte oczy. To mój szept miał ją ogarnąć, dotrzeć do jej uszu. Nigdy go nie usłyszała. Może nie chciała usłyszeć ? Może była głucha na mój głos ? A może to ja powinienem krzyczeć, tak by krzyk bezlitośnie uderzył o jej skórę, a nie szeptać ? Może wtedy mój przekaz nie mieszałby się z ciszą i mocniejszymi podmuchami powietrza ? Mało kto zdaje sobie sprawę jak trudno po jakimś czasie z całej jego otchłani wydobyć te kilka zagubionych słów. Ta chemiczna mieszanina gazów służąca ludziom do oddychania odbiera im całą wartość, zaciera wydźwięk, pozbawia unikalności prawdę, tkwiącą w ich wnętrzu.
Ale ona o tym nie wiedziała...
***
Białaczka to był wyrok.
***
Teraz siedzę przy niej. Dookoła nas blade, zdziwione ściany. Za oknem tańczy wiatr, ale już bez niej. Ona leży tu, przykuta do łóżka. W międzyczasie zdążyła stracić swoją wiarę. Stała się ateistką. Nie wie już kim jest drugi człowiek, zapomniała jak to jest patrzeć komuś w oczy. A na przypomnienie sobie jest trochę za późno...
Ona wie, że odchodzi. Nie wie tylko, co jest po drugiej stronie. Bóg dla niej nie istnieje. Czeka więc aż płomień zgaśnie, dopali się do końca. Aż pochłonie ją ciemność, zakrywająca umysł, mordująca duszę snem, z którego nie ma ucieczki.
Może to jest dobry moment ?
- To dzięki Bogu mogłaś tańczyć w strugach deszczu, ścigać się z wiatrem...
- Co ? – mówi słabo, prawie niedostrzegalnie, jednak dostatecznie głośno, by do sali weszła pielęgniarka.
- Proszę się uspokoić. Te leki mogą tak działać – poprawia poduszkę, sprawdza kroplówkę, wreszcie wychodzi.
Powtarzam jeszcze raz:
- To dzięki Bogu mogłaś tańczyć w strugach deszczu, ścigać się z wiatrem...
Teraz moje słowa nie zostaną wchłonięte przez powietrze. Nie stracą wartości, nic nie zatrze ich wydźwięku. Będą odbijały się od tych zdziwionych ścian, a jęcząc z bólu tylko spotęgują swoją siłę.
- To dzięki Bogu...
- ... mogłam tańczyć w strugach deszczu, ścigać się z wiatrem... – kończy za mnie.
- Możesz to robić nadal. Tylko uwierz...
Zasnęła. Wychodzę na korytarz. Zaglądam do innych sal. Takich jak ja jest tu wielu. Jedni patrzą bezwiednie w okno, by nie spojrzeć prosto w twarz swojej bezsilności. Inni są pogodzeni z tym, co nadejdzie, wiedzą, że na ich podopiecznych przyszedł już czas. Któryś z Bożych wysłanników traci wiarę, bezgłośnie rozpacza i krzyczy, że sprawiedliwość nie istnieje. Nerwowo chodzi z kąta w kąt, uderza pięściami w ścianę. Płacze. Po dłuższej chwili ociera mokrą twarz i wraca do zabawy z prawie przezroczystym pięciolatkiem, którego głowa opatulona jest kolorową bandamką. Podaje mu klocki, daje nawet wyrywać sobie pióra ze skrzydeł.
- Jeszcze dwa dni i spotkasz się z babcią, wiesz ? – mówi.
W sąsiednim pokoju kolejny anioł próbuje powstrzymać atak epileptyczny młodego mężczyzny. Trzyma go mocno i nie puszcza aż do momentu gdy się uspokaja. Potem kładzie dłoń na jego oczach, jego palce nakazują powiekom się zamknąć. Wtedy aparatura zaczyna alarmować o swojej nieprzydatności, po monitorze przewija się ciągła linia. Do sali wpada dwóch funkcjonariuszy, anioł w ostatniej chwili odskakuje w bok. To koniec.
- To początek – nieświadomie zaprzecza mym słowom. – Chodź ze mną – i pomaga jeszcze nie wiedzącej co się dzieje duszy powstać z ciała.
***
Spędziłem przy niej całą noc. Dopiero rano, gdy blaski dnia wtargnęły do sali zobaczyłem, że jej twarz blednie z każdą chwilą.
- Jesteś tu cały czas ? – usłyszałem głos za plecami.
- Ty mnie widzisz ? – odpowiedziałem pytaniem, nie dowierzając, że ktokolwiek oprócz tego chorego chłopca jest do tego zdolny.
- Owszem, widzę anioły – odparła, kładąc tacę ze szklanką wody na szafce nocnej. Była jedną z wolontariuszek. – Ty jesteś dobrym aniołem. Chcę, żebyś to wiedział.
- Widziałem innych. To, co robią dla tych ludzi. Ja przez dwadzieścia dwa lata powiedziałem do niej jedno zdanie.
- Trzy razy.
- Co za różnica.
- Czasem trzeba powtórzyć, żeby dotarło, to co oczywiste dla jednych, a nieznane dla drugich.
- Znasz wszystkie anioły z tego hospicjum ?
- Także dla nich tu przychodzę. To jedyne miejsce, gdzie widać je tak wyraziście. Gdzie uwidaczniają się ich cechy ludzkie.
- Anioły nie mają cech ludzkich – zaprzeczyłem, podchodząc do okna. Nieopatrznie upuściłem z rąk moją delikatną, szklaną taflę nadziei. Wszedłem bosymi stopami w bezlitośnie ostre i pełne pretensji odłamki.
- Mają.
- Co ? – ledwie dosłyszałem to zagłuszone bólem słowo.
- Krzesło, na którym siedziałeś, jest ciepłe...
***
Odeszła jeszcze tego samego dnia.
Nie zdążyłem jej odprowadzić. Wskazać właściwej drogi. Na zawsze pozostanie to dla mnie tajemnicą – dokąd odeszłaś ?
Tej nocy padał deszcz. Niebo płakało tak, jak lubiła. Wypłakiwało cały smutek. Krople rozbijały się o mnie, ale nie pozwoliły mi stać się jedną z nich. Tym razem deszcz był napominaczem – potokiem Bożych słów. Szkoda tylko, że nie umiem się porozumiewać w tym języku.
W pewnej chwili spostrzegłem, że nie tylko na mnie spada mokry słowotok i że nie tylko ja nie umiem się w niego wsłuchać.
- Przyjdziesz jutro ? – usłyszałem głos przecinający ciszę.
Godło Żuraw, Dominika Majchrzak z Gostynina


